Świadectwa

23 marzec 2013 – Udało się, po prawie rocznych zmaganiach, test krwi wykazał, że zasialiśmy ziarenko. Mały człowieczek, który zaczął się we mnie rozwijać już w pierwszych tygodniach życia w moim łonie, zmieniał nasze życie. To był wspaniały czas, nie długo jednak mogliśmy się cieszyć naszym małym szczęściem. Byłam w pracy, bardzo bolały mnie mięśnie i w dodatku w okolicach łopatki pojawiły się malutkie plamki. Koleżanka, której mąż kilka miesięcy wcześniej chorował, po zobaczeniu tajemniczych plamek, stwierdziła, że to może być półpasiec. Tego samego dnia lekarz pediatra potwierdził diagnozę i zdecydował, że dalszym leczeniem ze względu na mój stan powinien się zając ginekolog prowadzący. Pediatra stwierdził „a z dziecka, to nie wiem może nic nie zostać„. NIGDY nie zapomnę tych słów. Nie mogłam znieść tej całej sytuacji to był najgorszy dzień w moim życiu. Niestety okazało się, że kolejne dni były równie złe. Następnego dnia udaliśmy się z mężem Ginekologa prowadzącego ciąże, Pani Doktor zaleciła delikatny lek przeciw wirusowi. Na pytanie męża co z dzieckiem odpowiedziała „No wie Pan, raczej nie widzę tu szans, płód jest słaby„ – Płód jaki płód… to jest przecież nasze dziecko, nasze małe szczęście nasze ziarenko… – zrozpaczona tylko ,tylko tyle zdążyłam pomyśleć . Nie poddaliśmy się, z tak zwanego marszu zapisałam się na badania prenatalne, zdecydowano, że zrobią nam je wcześniej w 10 tygodniu ciąży. Te kilka dni oczekiwania na badanie, które miało potwierdzić jak rozwija się nasze maleństwo były bardzo trudne. Nie tylko ze względu na mój stan zdrowia. Półpasiec to ciężka choroba i bardzo bolesna. Rodzina pomimo tego, że wspierała nas bardzo to – czytała… a doktor Google podpowiadał im, i w końcu my również zaczęliśmy czytać o powikłaniach w tego typu przypadkach. Brak rączek oraz innych narządów, choroby serca, problemy z rozwijaniem się mózgu, wady serca, niepełnosprawność fizyczna to tylko nieliczne, które zagrażały naszemu dzieciątku. Nadszedł dzień badania prenatalnego, dzień naszej nadziei, że jednak wszystko będzie dobrze. Lekarka wykonująca badanie po wstępnej rozmowie, stwierdziła, że to bardzo ciężka choroba, że na ogół dzieciątka tego nie przezywają. Wykonała badanie i wypowiedziała kolejne słowa, których nigdy nie zapomnę „zgodnie z prawem Polskim do 21 tygodnia możecie Państwo zdecydować się na aborcję ponieważ nie daję Państwu nadziei, dziecko nie urodzi się zdrowe”… Długo milczeliśmy… Po wyjściu z gabinetu pękliśmy, oboje płakaliśmy jak dzieci. Nigdy, nigdy nie zapomnę bólu jaki mi wtedy towarzyszył. Żal do całego świata, do Boga, do męża i do siebie. Kilka kolejnych dni spędziłam w domu ze względu na nadal towarzyszący ból spowodowany chorobą, rodzina zabroniła mi kolejnych wizyt-konsultacji u innych lekarzy. Mój stan psychiczny też był zły. Te dni były trudne tez dlatego, że ze względu na chorobę nikt nie mógł mnie odwiedzić, ponieważ zdaniem lekarzy mogłam kogoś zarazić. Nadal szukałam nadziei i rozwiązania. Jednak jedno już wiedziałam, wiedziałam że będziemy razem do końca, niezależnie od tego jaki miałby on być, nie zdecydujemy się na aborcję. Uznaliśmy, że nie my dajemy życie i nie my będziemy decydować o jego zabraniu. Po czasie kiedy choroba nie była już tak bolesna, zdecydowaliśmy się na konsultacje jeszcze w Katowicach, Gliwicach i Zabrzu i tam diagnoza była niestety podobna… Po kilku dniach wróciłam do pracy, musiałam poinformować moją Szefową o ciąży oraz o tym, że chciałabym się teraz oszczędzać i musze zrobić wszystko dla mojego dziecka żeby było mu u mnie jak najlepiej, chciałam zapewnić mu jak najwięcej bezpieczeństwa. Nie udało mi się zachować pełnej powagi i cała rozmowa była zakraplana moimi łzami ale opowiedziałam jej o naszej całej sytuacji. Pomimo moich ogromnych obaw, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu ta rozmowa zmieniła bieg wydarzeń. Podczas rozmowy oprócz ogromnego wsparcia, otrzymałam jeszcze dane kontaktowe do jednego z Warszawskich znanych lekarzy ginekologów. Myślę, że mogę podać nazwisko tego specjalisty, mam na myśli Pana Doktora Grzegorza Południewskiego, do którego udaliśmy się po upływie kilku dni. Rozmowa z tym specjalistą wyglądała zupełnie inaczej nie wydawał żadnych opinii jeszcze przed badaniem do czego przyzwyczaili nas wcześniej lekarze – niestety. Bardzo dokładnie zbadał maleństwo – sprzęt, którym się posługiwał był bardziej szczegółowy. Podczas badania dokładnie opowiadał co widzi, określił również płeć dziecka – Chłopczyk. Usiedliśmy spokojnie i otrzymaliśmy informację, że nie może nam zagwarantować, że dziecko urodzi się bez żadnej wady. Tego nigdy nie można stwierdzić, tym bardziej, że choroba, którą przeszliśmy bardzo często pozostawia swoje ślady. Często mogą być to nieodwracalne zmiany w mózgu, zmiany, których na ten czas nikt nie jest w stanie stwierdzić. Długo rozmawialiśmy i z nadzieją wróciliśmy do domu. Dumna z siebie i mojego męża tak bardzo jak tego dnia byłam tylko 9.12.2013 o godzinie 14.26, ale o tym za chwilę. Dlaczego dumna? Bo nie zwątpiliśmy ani na chwilę w sens decyzji Boga i nie zdecydowaliśmy się na usunięcie, które sugerowało nam tak wielu specjalistów. Sugerowało przed wizyta u Pana Południewskiego i później też. Kolejne tygodnie nie były łatwe ponieważ lekarze z którymi mieliśmy styczność tu na miejscu dalej sugerowali nam aborcję. Dodatkowo ja kiepsko to wszystko znosiłam psychicznie i fizycznie. Bałam się bardzo porodu i tego jak poradzę sobie z dzieckiem. Pomoc i wsparcie męża, rodziny oraz modlitwy obcych a jednak bliskich nam w tamtym czasie osób była nieoceniona. Do tego dochodziły przedwczesne skurcze pobyt w szpitalu, co wskazywało, że może być kiepsko. I tak minął 21, 30, 40… 41 i w 42 tygodniu po 2 wywoływaniach, silami natury bez większych komplikacji w czasie 2 godzin (w towarzystwie kilku lekarzy pediatrów obawiających się o stan zdrowia małego) urodził się najśliczniejszy , najcudowniejszy, najpiękniejszy DAR BOŻY jaki mogliśmy otrzymać. Nasz skarb , nasz pierwszy bobasek Leon, Łukasz. Po czasie poinformowano nas, że otrzymał 10 punktów!!! Jest zdrowym, dużym i silnym chłopcem. Tego dnia drugi raz poczułam dumę bo byliśmy silni i zaufaliśmy Bogu, a on w zamian obdarzył nas, szczęściem.

Przyznaję, że pisząc nie obeszło się bez wielu łez, bo wolałabym zapomnieć o wszystkich złych, trudnych chwilach jakie nas w tamtym okresie spotykały. Jednak z perspektywy czasu wiem, że cała ta sytuacja wiele nas nauczyła i udowodniła nam, że nie możemy nigdy zwątpić w wielkość Boga i w to, że jego plany wobec nas są zawsze wytłumaczalne. My uważamy, że Bóg w pewien sposób wystawił nas na próbę, jestem taka dumna, że udało nam się ją przejść i nie zawiedliśmy Pana , siebie i naszego synka. Jesteśmy silniejsi i lepsi. Cieszę się, że pomimo diagnostyki prenatalnej dążyliśmy do ochrony Leosia i że pomimo diagnozy nie pociągnęła ona za sobą wyroku.

Marzena, Łukasz i Leoś


 

Tak się złożyło, że akurat 2 miesiące przez rekolekcjami w Jaworzu uczestniczyłem w kursie Nowe Życie w WJM w Rybniku i Pan Bóg raczył mi zabrać te trudności, które od zawsze uniemożliwiały mi udział w Jego radości – ku mojemu zaskoczeniu pierwszy raz w życiu doznałem tak autentycznej radości z bycia chrześcijaninem  z życia w ogóle, z rodziny, pracy, wszystkiego :)

Na rekolekcje do Jaworza  jechałem więc nie będąc już w duchowych ciemnościach, nieco odpocząć we wspólnocie, no i oczywiście przygotować się na gorsze chwile – że takie nastąpią nie wątpiłem :), choć akurat w tamtej chwili ich nie doświadczałem.

Oczywiście Pan Bóg obdarza łaskami zawsze hojniej, niż się spodziewamy.

Po początkowych trudnościach, w sposób bardzo mocny doświadczyłem jedności i duchowej bliskości z innymi uczestnikami  – było to dla mnie o tyle zaskakujące, że przecież większości z nich nie znałem w ogóle, albo bardzo mało, a każdy z nas był inny i w innym miejscu – jednak nie miało to znaczenia – okazuje się, że ludzie na prawdę pragnący obecności Bożej bardzo szybko stają się sobie bliscy i tworzą autentyczną wspólnotę, żadne inne pragnienie ludzkie nie jest w stanie takich więzi i w tak krótkim czasie wytworzyć.

Bardzo mocne były dla mnie konferencje –  tym, co mnie szczególnie poruszyło  była nauka,  aby w chwilach ciemności oprzeć się na słowie, zawierzyć mu wbrew swoim uczuciom i czynić to wykorzystując dyscyplinę, która  szczególnie w takich sytuacjach pomaga.

Szybko miałem okazję, aby w praktyce wypróbować to, co usłyszałem – sierpień był takim miesiącem, gdzie miałem wrażenie Pan Bóg się „schował”, a liczne przeciwności  i trudności prześcigały się, aby mnie dopaść i wtłoczyć z powrotem w „starego człowieka” – i rzeczywiście dyscyplina i modlitwa Słowem okazała się ratunkiem i wyprowadziła mnie z tego zakrętu bez większych strat, a nawet z zyskiem – większym zaufaniem do Pana.

Jest jeszcze jedna rzecz, której zupełnie się nie spodziewałem – na rekolekcjach w Jaworzu zachwyciła mnie Liturgia Godzin, która dotąd nic dla mnie nie znaczyła – zaraz na drugi dzień po przyjeździe do domu kupiłem brewiarz i po prostu muszę chociaż raz dziennie pouwielbiać Pana z całym Kościołem.

 

Grzegorz B.


 

Moja ciemność duchowa…

O rekolekcjach w Jaworzu dowiedziałam się przypadkiem jesienią ubiegłego roku, i choć opis warunków bytowych nie był zachęcający, mnie zachęcił. Nie jestem osobą młodą, a mimo to (a może właśnie dlatego), nie przerażało mnie spanie na piętrowym łóżku w ogólnej sali, czy wspólna łazienka. Ale wtedy jeszcze nie myślałam, że trafię któregoś pięknego dnia w to urocze miejsce. Zimą spotkałam się pierwszy raz z grupą  Emmanuel podczas Seminarium Odnowy Wiary i było to (Seminarium, nie spotkanie :)), bardzo mocne przeżycie duchowe. Uważałam się za osobę wierzącą i głęboko przeżywającą swą relację z Bogiem, a jednak coś się wtedy we mnie otwarło. Spojrzałam na siebie jak gdyby „od środka”. Nigdy nie uważałam siebie za świętą, ale wydawało mi się, że mam swoje słabości „pod kontrolą”. Poza tym cieszyłam się wówczas szczególnym rodzajem więzi. Rozmawiałam sobie z Panem Jezusem jak z przyjacielem. Np jadąc autem zadawałam Mu pytanie i od razu, albo w krótkim czasie dostawałam konkretną odpowiedź. Albo wchodząc do kościoła czułam jak wybiega ze mnie małą dziewczynka w białej sukience i pędzi do tabernakulum, gdzie czeka uśmiechnięty Chrystus i podaje mi rękę. Miałam kiedyś problem ze skupieniem się na modlitwie „Ojcze nasz..” i wtedy poczułam, jak Jezus trzymając moją dłoń w swojej, stojąc pod drzewem (może nawet figowym:) ) mówi tę modlitwę ze mną. Były też trudne chwile, kiedy będąc na rekolekcjach wielkopostnych w Czernej, prosiłam Go, aby mnie „wpuścił” do tabernakulum. Znalazłam się w ciemnicy i zobaczyłam Go siedzącego na krześle, w cierniowej koronie z pałką w dłoni. Było mi strasznie. Modliłam się, żeby pozwolił mi być złotym sanktuarium dla Niego. Ale znowu poczułam, że on nie chce, żebym była złotym tabernakulum, że chce mnie taką jaka jestem, tylko żebym Go kochała. Takich wydarzeń było wiele. Nie zastanawiałam się nad nimi, nie analizowałam. Cieszyłam się nimi. Ale w Wielki Czwartek podczas Przeistoczenia nagle wszystko się skończyło. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to naiwnie i dramatycznie z drugiej strony,  ale autentycznie poczułam pustkę. Zamknięte tabernakulum… nie ma Jezusa czekającego z wyciągniętą do mnie dłonią. Jest ściana. Poszłam na adorację i do zamknięcia kościoła prosiłam, płakałam, kłóciłam się z Nim … NIC. Podczas Świąt Wielkanocnych zastanawiałam się, czy mogę przystąpić do Komunii Św. Czułam się niegodna. Zastanawiałam się, co zrobiłam złego. No i zaczęło się analizowanie siebie, wszystkiego co robię, myślę, czuję pod kontem WINY. Doszłam do wniosku, że jestem tak beznadziejna, że Bóg nie może mnie kochać. Starałam się, ale czułam się bezsilna. I wtedy taką odpowiedzą ( tak myślę) był temat rekolekcji w Jaworzu.” Ciemność duchowa” tak się wtedy czułam. Nawet rzadziej przychodziłam do kościoła, bo było mi brak wcześniejszych doznań. Doszłam nawet do wniosku, że to wszystko było efektem mojej wybujałej wyobraźni, tylko dlaczego wyobraźnia przestała pracować?

Kiedy zorientowałam się, że może odpowiedź poznam w Jaworzu niemalże w panice napisałam maila i zarezerwowałam miejsce. No i nie rozczarowałam się. Każda konferencja była odpowiedzią na kolejne pytania. Każda modlitwa odsłaniała mi oczy na fakt, ŻE BÓG MNIE KOCHA. Spotkania w grupach pokazały mi, że moje problemy są malutkie, że ludzie poszukujący Boga zmagają się z poważnymi problemami, a nie przeżyli tego, co mnie było dane. Nauki otworzyły mi oczy na fakt, że trzeba przeżywać wiarę, kochać Boga i ludzi, pogłębiać relację ze Stwórcą bez tzw” cukiereczków”. Ale również spojrzałam  na siebie bardziej ”perspektywicznie”. Zaczęłam się zastanawiać nad swoją przeszłością, dzieciństwem, młodością i szukać przyczyn niektórych moich reakcji, zachowań, myśli. Myślę, że zrozumiałam pewne sprawy, choć nie do końca i raczej nie ‚wyprostowało” to mojego spojrzenia na siebie. Rekolekcje nie były „czarodziejską różdżką” rozwiązującą wszystkie problemy, ale ugruntowały (mam nadzieję, że już na stałe- bardzo bym chciała) we mnie przekonanie, że On działa we mnie, czasem przeze mnie, że JEST i mnie kocha. Zrozumiałam swoją małość i wiem, że ona nie jest przeszkodą tylko muszę Go kochać, a wszystko pomoże mi ją przezwyciężyć. Martwi mnie,że jeszcze nie potrafię odrzucić wszelkich pokus i słabości. Przecież Go kocham i chcę sprawiać Mu przyjemność, a jednak grzeszę. Ale moje spojrzenie też już jest inne. Dostrzegam często, że moja słabość może (powinna) być nauką dla mnie co jeszcze powinnam zawierzyć, co jeszcze z pomocą Zbawiciela naprawić. Często widzę swoje reakcje na rzeczywistość kiedy zdarzy mi się upaść, czy chociażby się potknąć, zauważam co złe jest we mnie, czego wcześniej nie było, lub czego nie dostrzegałam. Dylematów jest mnóstwo. Ale WIEM, że chcę iść z Nim przez życie, bo tylko  wtedy to ma sens. Że odkrywanie Jego woli (czego niestety nie zawsze umiem) i wypełnianie jej daje wolność i szczęście. Nie dzieje się tak, że nie ma problemów,smutków, porażek. Ale w Nim i z Nim warto żyć.

Ania K.


 

Już od 15 lat sama wychowuję córkę. Życie na, które zdecydowałam się, nie jest łatwe. Może, gdybym w którymś momencie zdecydowała się na założenie nowej rodziny, moje życie ułożyło by się inaczej. Może była bym szczęśliwsza. Jednak decyzję swoją podjęłam świadomie. Jezus Chrystus jest dla mnie Panem i Zbawicielem, i to dla Niego podjęłam taką decyzję. Nie mogła bym żyć w związku niesakramentalnym, pozbawiona możliwości przyjmowania Jezusa w Eucharystii. On jest dla mnie Oblubieńcem i z Niego czerpię siłę do zmagania się z codziennością. Bóg postawił na mojej drodze ludzi ze wspólnoty, dał mi nowych przyjaciół. Mam nadzieję, że i do mnie odnoszą się Jego słowa:
„Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu albo żony, braci, rodziców albo dzieci dla Królestwa Bożego, żeby nie otrzymał daleko więcej w tym czasie, a w wieku przyszłym – życia wiecznego.” (Łk 18,29-30)

Ilona


 

Moje małżeństwo skończyło się po 4 latach. Rozwiodłam się, wychowałam syna. Żyłam „pełnią życia” – tak by powiedzieli ludzie. Ale Bóg mnie odnalazł i pozwoliłam się poprowadzić. A On dał mi poznać cierpienie, odrzucenie… i poranioną, zawiedzioną skierował do wspólnoty (kilkanaście lat temu). Na nowo zaczęłam się uczyć zaufania, miłości przebaczenia, akceptacji drugiego człowieka z jego zaletami i wadami. Wspólnota to różni ludzie, bo różne mamy charaktery i różne problemy. Nie jest łatwo i wciąż na nowo staję do rozprawy z moimi uczuciami. Ale trwamy razem. Dzielimy się trudnościami, bo tylko dźwigając wspólnie nasze krzyże będziemy stanowić wspólnotę. Wspólnota to także służba, to dzielenie się wszystkim co posiadam a przede wszystkim miłością – nie licząc na odwzajemnienie. Daję bo kocham. Miłość zwycięża wszystko, ale potrzeba pragnienia bycia razem i przebaczania. Potrzeba podania ręki. A we wszystkim tym jest Jezus, to On nas łączy i prowadzi.
Kocham moją wspólnotę!

Ela


 

Do dzisiaj jestem wdzięczna Panu Bogu, że otrzymałam dar, którym jest wspólnota. W niej odnalazłam prawdę o sobie. Decydując się na drogę we wspólnocie chciałam zamknąć beztroski rozdział dotychczasowego życia, miałam pragnienie poznania Boga. Stało się to 13lat temu. Jestem matką, która samotnie wychowała dwoje (teraz już dorosłych) dzieci. Nigdy nie miałam męża. Wejście do wspólnoty oznaczało pójście za Panem Bogiem i pociągało wiele bardzo konkretnych zmian w dotychczasowym sposobie mojego życia. We wspólnocie odrodziłam się na nowo, czuję się bezpiecznie i mam świadomość własnej tożsamości. Jest ona dla mnie miejscem spotkania się z Bogiem i człowiekiem. Nauczyłam się modlić, rozmawiać z Bogiem, przyjmować innych takich, jacy są. Jest to dla mnie miejsce nieustannego formowania się, wzrostu duchowego. Zostałam tak obdarowana, że teraz tam gdzie jestem daję sobą świadectwo, że Jezus żyje, że kocha każdego i nie trzeba na tę miłość zasługiwać. Wspólnota to świętowanie ale też konkretne wymagania jakie stawia Bóg. Oprócz dawania siebie innym wspólnota uczy mnie godzić się na to, by inni poczuli się odpowiedzialni za mnie, by mnie wspierali, kochali, zgodzić się na stworzenie więzi wzajemnej zależności. Jest to trudne wymaganie gdyż zmusza mnie do ukazania własnych słabości. Odkrywam nieustannie prawdę o sobie, coraz bardziej widzę moją nędzę i wiem, że jest mi potrzebny Bóg i drugi człowiek. Jestem przekonana, że tutaj jest moje miejsce. Jest to miejsce radości ,miłości, zaczynania od nowa, przebaczania. Uczę się budowania relacji z trudnymi dla mnie osobami.
Ważne jest też to, że wchodząc we wspólnotę miałam jej idealny obraz. Rzeczywistość okazała się inna. Nie ma idealnych wspólnot, ponieważ tworzą je ludzie słabi. Takich właśnie Pan powołuje. I tylko wspólny cel, modlitwa i akceptacja inności pomogła mi wytrwać w mojej wspólnocie. Przeżyłam wiele trudnych chwil i doświadczeń ale pozostałam wierna i było warto…

Ewa


„Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona : Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów. A Szymon odpowiedział: Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci. Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać.” (Łk 5,4-6)

Dwa lata temu byłam jak Szymon po nieudanym połowie – zniechęcona, rozczarowana, z pustką w sercu. Wiele lat zaangażowania w Ruchu Światło-Życie i nagle stanęłam przed faktem – pracowaliśmy przez te wszystkie lata i niceśmy nie ułowili. Cały ten nasz trud nie przyniósł owocu. Moja wspólnota przestała istnieć. A przecież byłam pewna (weryfikowałam w końcu to przekonanie przez tyle lat), że charyzmat światło-życie jest moim charyzmatem, że to jest moje miejsce w Kościele na całe życie. Nie wyobrażałam sobie jak żyć dalej tym charyzmatem bez wspólnoty. Stałam więc bezradnie na brzegu i wtedy usłyszałam, tak jak Szymon: Wypłyń na głębię i zarzuć sieci na połów.
Zupełnie bez przekonania pojechałam na swoje pierwsze od bardzo dawna rekolekcje, na których miałam być po prostu uczestnikiem, rekolekcje prowadzone przez Wspólnotę Emmanuel, do której (uczciwie muszę przyznać) byłam uprzedzona. I w zasadzie raczej oczekiwałam, że ten wyjazd będzie mnie kosztował wiele wysiłku nie przynosząc nic w zamian. A już na pewno nie liczyłam na obfitość, jaką otrzymałam.
Spotkałam we Wspólnocie ludzi, którzy stawiają sobie konkretne wymagania, są wierni charyzmatowi bo nie zgodzili się ze stwierdzeniem, że wymagania w Ruchu dotyczą młodzieży, co najwyżej studiującej – bo potem praca zawodowa, obowiązki człowieka dorosłego, rodzina mogą przesłonić wszystko inne. I to mnie w nich zafascynowało i równocześnie zawstydziło, bo moje dotychczasowe trwanie wychodziło bardzo blado na ich tle. Ich świadectwo obudziło we mnie na nowo nadzieję, że jest jeszcze coś przede mną, że jest jakaś głębia, na którą warto wypłynšć. Uwierzyłam, że jest wiele miejsc, gdzie można łowić ludzi dla Pana i że te połowy mogą być obfite, gdy łowi się tam, gdzie Pan wskaże.
Przez kolejny rok wrastałam coraz mocniej we Wspólnotę Emmanuel ale wciąż mówiłam: Oni. Gdy po raz pierwszy powiedziałam: moja wspólnota – moje własne słowa bardzo mnie zaskoczyły. Miejsce tak kiedyś mi obce stało się moim. Ale tak właśnie jest. To jest Moja Wspólnota, gdzie mam swoje miejsce, gdzie czuję, że jestem potrzebna i której sama bardzo potrzebuję. Miejsce, do przyjęcia którego przygotowywało mnie moje poprzednie miejsce wzrostu – młodzieżowa wspólnota, która wprawdzie nie dała Kościołowi „Ryb” ale całym sercem starała się uformować „Rybaków”.
Tyle co przyzwyczaiłam się do myślenia o Wspólnocie Emmanuel – Moja Wspólnota, gdy usłyszałam: Wypłyń jeszcze głębiej. Poszukaj swojego miejsca w sercu tej Wspólnoty.
Chciałam, bardzo chciałam być tam głębiej, gdzie już na poważnie ślubuje się Panu wierność Zobowiązaniom – ale stchórzyłam. Przegrałam jedną potyczkę o wierność i wycofałam się w ogóle z walki. Ale Pan znów się o mnie upomniał. Wobec Jego wierności raz wypowiedzianemu zaproszeniu nie chcę już dłużej uciekać. Proszę przyjmij Panie moje zobowiązanie do bycia wierną Tobie i Mojej Wspólnocie. Amen.

Ilona